Zarys historii Klimontowa


Strona Główna
Zabytki Klimontowa i okolic


HISTORIA KLIMONTOWA ZOSTAŁA ZACZERPNIĘTA Z KSIĄŻKI "KLIMONTÓW MIASTO PRYWATNE RODU OSSOLIŃSKICH 1240-1990" AUTORSTWA P. EUGENIUSZA NIEBELSKIEGO

"(...) DZIEJE MIASTA

1. OD ZAŁOŻENIA OSADY DO LOKACJI MIASTA



Dzieje Klimontowa sandomierskiego nierozerwalnie związane są z dwoma miejscowościami: K1imontowem i Ramuntowicami, których początki sięgają XIII w. Rozłożyły się one w swoim pobliżu u brzegów dużej wtedy rzeki Koprzywianki, płynącej szeroką doliną zamkniętą wyniosłymi wzgórzami, około 30 kilometrów na zachód od Sandomierza. będącego w owych czasach stolicą księstwa. Przyszło im się rozwijać w bardzo trudnych czasach. Wiek XlII bowiem - to epoka rozbicia dzielnicowego Polski i rywalizacji o tron krakowski pomiędzy zwaśnionymi książętami piastowskimi, to także epoka najazdów hord tatarskich, które przetaczały się między innymi przez ziemię sandomierską.W czasach Piastów powstały w Polsce aż cztery Klimontowy. Założycielem Klimontowa w Sandomierskiem był zapewne Klemens z Ruszczy herbu Gryf, kasztelan krakowski, powiernik i doradca Bolesława Wstydliwego, księcia sandomierskiego, następnie krakowskiego.(...)
Kasztelan Klemens około 1240 r założył osadę nad Koprzywianką, nazywając ją od swego imienia Klimontowem.(...)Wykluczyć natomiast należy, by jak przyjmują niektórzy publicyści założycielem interesującej nas miejscowości był Klemens z Brzeźnicy, gdyż wiadomo, że żył on w XII w. i zakładał Klimontów w pobliżu źródeł rzeki Mierzawy, kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Brzeźnicy (później Jędrzejów). Imię założyciela było imieniem chrześcijańskim (łac. Clemens łagodny), znanym w dwóch wersjach: łacińsko-rzymskiej Klemens i grecko-bizantyjskiej - Klima, Klimont, Klimunt. W powszechnym użyciu była forma Klimont lub Klimunt, stąd pierwotna nazwa wioski brzmiała Klimontow. Potwierdzają to dokumenty . tamtej epoki: Clymonthow (1405 r.), Climonthow (l428 r ). Clymyunthow, Klimyanthow i dopiero w XVI w. - Klimuntów (1578 r.).
Tak Zbigniew Ossoliński, jak i jego syn Jerzy - pisali w swoich pamiętnikach w XVII w.: Klimontów i Klimuntów.
Ramuntowice są nazwą patronimiczna - od Ramołta, powstałego od niemieckiego imienia Ramolt. Osada istniała już w XIII w , a pierwszy dokumentowy zapis pochodzi z roku 1404. Ramolthowicze. Założył je bliżej nieznany Ramołt, spokrewniony być może z Bogusławem XII Ramółtowiczem (syn Ramołta), występującym w 1258 r. jako kasztelan sandomierski. W różnym czasie nazwę wioski notowano w kilku wersjach: Ramułtowice, Ramołtowice, Rajmuntowice i wreszcie Ramuntowice. Obydwie miejscowości do około 1626 r. należały do pobliskiej parafii w Olbierzowicach, założonej przed 1326 r.
Według zapisu z początku XV w. do tamtejszego kościoła przynależało w sumie kilkanaście okolicznych wiosek: Olbyerzowicze, Clymyunthow, Ramolthowicze, Nowa Wyesch, Nawodzicze, Jurkowicze, Szymunowicze, Pokrzywyanka, Conary, Conaryszka Wolya, Rybnycza, Wytowszka Wolya, Wythowicze, Wlyanowicze i Stradow.
Kasztelan krakowski niezbyt długo cieszył się posiadaniem osady nad Koprzywianką. Zginął bowiem wkrótce w czasie jednej z nawałnic tatarskich, które jakże często nawiedzały ziemie polskie w XIII w.
W roku 1240 Tatarzy , zająwszy wcześniej Ruś, zaplanowali uderzenie na Węgry dwoma zagonami. Z końcem zimy następnego roku główne siły pod wodzą Batu-chana ruszyły tam poprzez Włodzimierz Wołyski, 10-tysięczny "tumen" pod wodzą jego brata Ordu, najstarszego potomka Czyngis-chana - poprzez południową Polskę. Po zajęciu i złupieniu w marcu Sandomierza "tumen" znów się podzielił: pierwszy korpus Bajdara skierował się jeszcze na Łęczycę i Kujawy, drugi z Ordu - na Kraków. Bajdar ruszając ku Opatowu przeszedł przez Goźlice, grabiąc wioskę i kościół.
Możliwe, że jego jeźdźcy dotarli także do Ramuntowic i Klimontowa, leżących przecież tylko 5-6 km na południe od Goźlic. Tymczasem korpus Ordu starł się zwycięsko 18 marca pod Chmielnikiem (na zach. od Staszowa) z rycerstwem krakowskim i sandomierskim. W bitwie zginął między innymi Klemens z Ruszczy, jeden z dowódców polskich wojsk.
Po jego tragicznej śmierci Klimontów przeszedł na jego synowca, także Klemensa. Był to Klemens Sulisławicz z Ruszczy, wkrótce wojewoda krakowski. Ten był synem Sulisława. Klemens ów znany był również z tego, że w 1352 r. założył klasztor benedyktynek w Staniątkach pod Wieliczką.
W 1352 r. właścicielem Klimontowa był Mikołaj, zapewne potomek tego samego rodu. następnie rycerz Klemens (odnotowany w źródłach pod rokiem 1378 i 1383 r.) i Jan (1397 r.). Nieznani są natomiast w ogóle dziedzice Ramuntowic.
W wieku XV Klimontów znalazł się w posiadaniu rodu Ossolińskich, wywodzącego się od Jaśka Topora zwanego Owcą. Był on synem Nawoja z Przegini, kasztelana sandomierskiego, zmarłego w l325 r.
W I połowie XIV w. wybudował Jaśko w Ossolinie drewniany zamek obronny, przybrawszy następnie od wioski nazwisko. Jan lub Jaśko herbu Topór był panem Balic (w okolicach Buska), Goźlic i Ossolina. Jako kasztelan wiślicki od 1388 r. przebywał stale na dworze Władysława Jagiełły; według tradycji rodzinnej oddał znaczne usługi królowi w chrystianizacji Litwy. Zmarł w roku 1396.
Jego syn, także Jan, zwany Ossolińskim lub Balickim, stał się właścicielem Klimontowa. Posiadał poza tym: Balice, Goźlice, Ossolin, Żuków, Szymonowice i Nową Wieś. Był kasztelanem radomskim i "tutorem" ziemi sandomierskiej, także blisko związany z Jagiełłą. Zmarł 1436 roku. Po nim prawdopodobnie dziedziczką wymienionych włości została jego druga żona Piechna (Pachna) z Abramowic pod Lublinem.
Jednakże już w 1464 r. panem Klimontowa i przyległości stał się syn Jana Balickiego z pierwszego małżeństwa-Andrzej, zwany także Klimontowskim. Powiększył on dobra o Dziewków , Zakrzów , Zbigniewice i inne wioski. Po nim włada1i K1imontowem Paweł i jego syn Hieronim.(...)
Hieronim Ossoliński. kasztelan sandomierskl oraz uczestnik sejmu podpisującego unię polsko-litewską w Lublinie w 1569 r., był wyznawca. Kalwinizmu, głośnvm przywódcą protestantów w Małopolsce za króla Zygmunta Augusta.(...)
Hieronirn sprawił, że kościół w Goźlicach stał się w latach 1559-1620 zborem kalwińskim. Drugi zbór wybudował także w Klimontowie; upadł on po śmierci fundatora w 1576 roku. Nie bez jego też przyczyny działali później w tych okolicach także arianie, radykalny odłam Kościoła kalwińskiego, których głównym ośrodkiem był Raków. Oni to na przełomie XVI i XVII w. objęli we władanie kościół w Olbierzowicach. Katolicy z Klimontowa, Ramuntowic i okolicznych wiosek nie mieli odtąd swojego kościoła.
Dopiero przed 1614 rokiem syn Hieronima - Zbigniew, "gorliwy katolik", przepędził heretyków z Goźlic i 0lbierzowic.
Zanim jednakże to się stało, musiał się nawrócić, bowiem za wolą ojca był członkiem Kościoła kalwińskiego, podobnie jak reszta jego licznego rodzeństwa. Do Kościoła rzymskiego przystąpił mając już. 20 lat; fakt ten miał miejsce prawdopodobnie tuż po śmierci Hieronima. Wkrótce Zbigniew dostał się na służbę do króla Stefana Batorego, z którym jeździł był na wyprawy przeciwko państwu moskiewskiemu.
Działał nie tylko jako żołnierz, lecz głównie jako dyplomata, miał bowiem ku temu odpowiednie wykształcenie. W młodości studiował na najstarszych uniwersytetach europejskich: w Strasburgu, Heydelbergu i w Paryżu.
Za Zygmunta III Wazy został wojewodą podlaskim, a następnie sandomierskim. Władał już wtedy znacznymi
dobrami w Sandomierskiem, które wykupywał od swoich braci, bez żenady wykorzystując ich trudności finansowe.
Z czasem nabył i inne majętności, między innymi w Mieleckiem. Posiadał też Ramuntowice nabyte od nieznanego dziś rodu przez niego samego lub przez jego ojca. Zgromadziwszy sporą fortunę, postanowił w dobrach sandomierskich założyć miasto. Wybierał do tego tereny najbardziej dogodne: w bliskości obfitych, naturalnych źródeł wody i z możliwością swobodnego rozwoju przestrzennego miasta oraz na skrzyżowaniu szlaków Sandomierz-Staszów i Opatów-Osiek. Zdecydował, iż powstanie ono na wschodnim brzegu Koprzywianki, przy osadzie Ramuntowice, w której "6 zagrodników mieszkało". W tym też celu kazał wyrąbać część przyległego lasu. Nazwał je - Klimontowem.
Tym sposobem istniały przez długi czas dwa Klimontowy: stary i nowy, oddalone 0d siebie o około 2 kilometry. Z pamiętników Zbigniewa i jego syna Jerzego wnosić można, że Ossolińscy traktowali obydwa Klimontowy jako jedną miejscowość. Używali też nazwy Klimontów lub Klimuntów.
Przypuszczalnie dopiero w wieku XVIII nowi właściciele tych dóbr stary Klimontów zaczęli nazywać Górkami, z powodu usadowienia się chałup chłopskich na zboczach tamtejszych wzniesień.
Dnia 2 stycznia 1604 r. Jan Zbigniew Ossoliński spisał w Ossolinie akt erekcyjny nowego miasta, nadając mu prawa magdeburskie, czyli niemieckie, stosowane w osadnictwie na ziemiach polskich już 0d XIII w. Mieli się tu "budować ludzie uczciwi wolni i też kupiectwa wszelkiego, także rzemieślnicy wszelcy, ludzie rozmaitej religii". Wytyczał rynek i ulice do niego wiodące, mieszkańcom przyznawał wszelkie wolności i przywileje wraz z pozwoleniem na karczowanie pod budowle przyległych lasów ramuntowskich, nadawał im prawa targowe i jarmarkowe, zezwalał na palenie gorzałki oraz warzenie piwa i miodów. Sądy nad miastem ustalał własne. W roku 1611 wyjednał u króla Zygmunta III przywilej na targi w poniedziałki i piątki oraz trzy jarmarki w roku: na św Wojciecha. św. Bartłomieja i św. Katarzynę.
Wydawało się, iż przy tych udogodnieniach i przywilejach możliwy będzie szybki rozwój miasta. Jakoż wkrótce zaczęli napływać do niego nowi osadnicy. Szczególnie chętnie ściągali tul Żydzi. znani dobrze w Polsce ze swych umiejętności rzemieślniczych, kupieckich i lichwiarskich. Z czasem Ramuntowice, jak zakładał fundator, zostały wchłonięte przez miasto, ale stało się to dopiero wiele dziesiątków lat później. Jeszcze u początków XVIII w. w dokumentach kościelnych obok Klimontowa wymieniało się Ramuntowice. Nie wiadomo dokładnie, co zadecydowało, że także miasto nazwał Zbigniew Klimontowem. Być może wzięło się to stąd, że pierwotnie planował założyć je na gruntach starego Klimontowa, które jednakże okazały się
miejscem wielce nieodpowiednim, gdyż rozległa nizina nadrzeczna, zalewana stale występującą z brzegów Koprzywianką, sąsiadowała z wysokimi i dość stromymi pagórkami, co nie sprzyjało nawet rozrostowi wioski. A może chodziło mu także o zachowanie nazwy bardziej znanej, związanej niegdyś z innym starożytnym rodem?

2. CZASY śWIETNOśCI



Nowe miasto musiało mieć swój kościół. Bo choć Olbierzowice odkupił Ossoliński w 1604 r. od Strojnowskich, to jednakże kościół był nadal we władaniu arian. A Zbigniew jako człowiek bardzo religijny, przy tym starając się zmazać młodzieńczy grzech "herezji", nie mógł zaniedbać tak ważnej sprawy.
Wkrótce po uzyskaniu od króla przywilejów handlowych dla miasta rozpoczął starania u władz kościelnych o sprowadzenie do Klimontowa zakonu dominikanów, którym ufundował kościół i klasztor na terenie Ramuntowic W roku 1620 świątynia była już gotowa, rozpoczęto budowę konwentu tymczasem zakonnicy wrośli już w nowe środowisko, przebywali tu bowiem od blisko siedmiu lat. W czasie budowy kościoła Zbigniew często przebywał w Ossolinie, czuwając nad wszelkimi pracami. Wcześniej bowiem zamieszkiwał w Zgórsku w dobrach mieleckich zakupionych od hetmana J. Karola Chodkiewicza lub w Turzynie w Radomskiem, najbardziej ulubionych swoich rezydencjach.
Pod koniec życia zbudował nową siedzibę, chcąc przebywać w pobliżu ufundowanego przez siebie kościoła. Stało się to w 1620 r., po podziale majątku pomiędzy jego trzech synów. Starszy Krzysztof wziął lwaniska, Ujazd, Mydłów i inne okoliczne włości, najmłodszemu Jerzemu przypadły między innymi Ossolin, Goźlice, Klimontów i Nowa Wieś. (Trzeci syn - Maksymilian otrzymał Mielec).
Dwie ostatnie majętności pozostawił sobie Zbigniew jako dożywocie, usuwając się zupełnie z Ossolina. Na nową siedzibę obrał stary Klimontów, gdzie pośrodku doliny, na niewielkim wzniesieniu opływanym przez Koprzywiankę wzniósł z cegły jednokondygnacyjny pałac. Odwiedzali go tam dominikanie, przemierzając niewielką odległość poprzez bukowy i modrzewiowy las; dziś prowadzi tam piękna aleja kasztanowa. Ossoliński z kolei często jeździł tamtędy na nabożeństwa do kościoła, doglądając budowy konwentu. W nowym Klimontowie pałacu nie było(...) Wiadomo, że budowa kościoła i konwentu dla dominikanów pochłaniała znaczną część dochodów fundatora. Niestety, nie zdołał Zbigniew ukończyć konwentu, gdyż zmarł w roku 1623 w wieku 68 lat. Pochowano 90 w habicie dominikańskim w kościele pod wielkim chórem. Tam spoczęły też prochy jego czterech żon. Dzieło ojca kontynuował syn Jerzy.
Jerzy Ossoliński obejmował Klimontów mając 28 lat. Stawał się w owym czasie postacią znaczącą w życiu politycznym Rzeczypospolitej. W młodości ukończył gimnazjum jezuickie w Grazu, uczęszczał do kolegium trójjęzycznego we Lwowie, studiował w Lowanium, wiele podróżował po Europie. Z królewiczem Władysławem wyprawiał się był 1617 r. na Moskwę, następnie - z ramienia Zygmunta III - odbył misję dyplomatyczną do króla angielskiego Jakuba I, posłował na sejmach sandomierskich.
Za następnego władcy - Władysława IV - był jego najbliższym doradcą, wojewodą sandomierskim, podkanclerzym, wreszcie kanclerzem wielkim koronnym od 1643 r.
Historia oceniła go jako człowieka o szerokich horyzontach myśli politycznej, świetnego dyplomatę i parlamentarzystę. Słynny był jego wjazd do Rzymu w 1633 r., w czasie posłowania do papieża Urbana VIII, kiedy to konie orszaku gubiły rozmyślnie źle przybite złote podkowy, a między ludność rozrzucano perły i dukaty.
Nie tylko Ossoliński finansował owo poselstwo do Rzymu, z 300-osobowym szlacheckim orszakiem i ogromną
świtą czeladzi. Nie był jeszcze na tyle bogaty, jego roczne dochody wynosiły 30 tys. złotych polskich, zaciągnął więc pożyczkę w wysokości 200 tys. złotych. Lecz i to nie wystarczało. Angielski historyk N. Davies pisał: "Pomijając już prywatny dobrowolny wkład Ossolińskiego, Rzeczpospolita, aby pokryć koszty jego misji była zmuszona pożyczyć znaczne sumy od żydowskich lichwiarzy we Lwowie oraz zastawić dobra koronne na Litwie. Nie przyniosło to jednak żadnych korzyści politycznych".
Ossoliński za to otrzymał od papieża tytuł książęcy. Dziś wiedzą o tym tylko historycy, postronni wspominają bogactwo i hojność Ossolińskiego.
Przyszły kanclerz oczywiście nie zubożał. Dwie rzeczy dominowały w całym jego życiu: polityka i budowanie, a te przecież wymagały stałych nakładów finansowych. Budował zaś już od śmierci ojca. Dokończył wznoszony przez Zbigniewa klasztor klimontowski, rozpoczynając jednocześnie starania o utworzenie w Klimontowie parafii. Nie odpowiadało mu bowiem, że miasto przynależy parafianie do pobliskich Olbierzowic, które były maleńką wioską; od czasu wypędzenia stamtąd arian parafię obsługiwali dominikanie klimontowscy.
W roku 1626 - otrzymawszy zgodę biskupa krakowskiego wystawił mały drewniany kościółek kilkadziesiąt metrów od północno-zachodniego krańca rynku, pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty. Pierwszym proboszczem nowej parafii został ks. Paweł Rzeczycki, doktor filozofii, nauczyciel Jerzego i kapelan domowy kaplicy Ossolińskich w Ossolinie.
Teraz zadbał o rodową siedzibę - o Ossolin. Rozebrał stary drewniany dwór i 1635 r. wzniósł okazały pałac w stylu późnorenesansowym. Według dawnych opisów i zachowanych do dziś XlX-wiecznych rycin (zob. Biblioteka UW) był to raczej zamek zlokalizowany na cyplu wyniosłego płaskowzgórza o stromych zboczach, otoczony głębokim parowem, do którego prowadziła jedna droga poprzez most nad urwistym wąwozem. Zamek był niewielki, dwupiętrowy, na rzucie kwadratu, z wewnętrznym dziedzińcem i czterema okrągłymi basztami po rogach. Urządził go Ossoliński z niebywałym przepychem, wśród jarów za zamkiem, nad małą rzeczką założył też "ogrody włoskim gustem urządzone". Jeszcze w końcu XVIII w. można było podziwiać jego świetność, jakkolwiek już wówczas był znacznie zniszczony. Pięć lat później wybudował w pewnym oddaleniu od pałacu, przy drodze w kierunku Goźlic, podziemną kapliczkę wzorowaną na kaplicy w Betlejem. Zbudowana na rzucie zbliżonym do trójkąta została nakryta naziemnym kopcem, na który Jerzy sprowadził ziemię z miejsca urodzenia Chrystusa. Przebudowano ją w 1769 r. Istnieje do dziś, zowią ją Betlejem.
Po założeniu rezydencji w Ossolinie Jerzy wystarał się o prawa miejskie dla wioski. Można z tego wnosić, że Klimontów rozwijał się dobrze. W 1662 r. w Ossolinie było 66 mieszkańców. W latach 1639-1642 wzniósł w Warszawie, gdzie najczęściej przebywał, kolejną wspaniałą rezydencją - pałac przy ulicy Reformatorskiej. Należał on do "najzbytkowniejszych pańskich domów w Warszawie [...] nie mogli 1u się nadziwić współcześni, nawet dworzanie z królewskiego dworu". Dziś już nie istnieje. Był też Jerzy współfundatorem kolegium jezuickiego w Bydgoszczy, klasztoru Kamedułów w Warszawie oraz fundatorem hebanowego ołtarza dla obrazu Matki Boskiej w klasztorze na Jasnej Górze.
Jego starszy brat Krzysztof, nie mogąc dorównać Jerzemu w polityce, rywalizował z nim w fundowaniu klasztorów i wznoszeniu oryginalnych budowli. W latach 1631-1644 wybudował w Ujeździe, odległym od Klimontowa o kilkanaście kilometrów, zamek w typie "palazzo In fortezza" (pałac otoczony fortyfikacjami) - według projektu Wawrzyńca Senesa (Muretto de Sent Lorenzo), Włocha pochodzącego ze Szwajcarii, z Sent koło Muretto w Alpach Gryzońskich. Zamek był mieszaniną stylów renesansowego, manierystycznego i barokowego. Zniszczony w znacznym stopniu przez Szwedów, spalił się w 1770 r. Monumentalne
ruiny Krzyżtoporu można nadal podziwiać.
Senes wznosząc Krzyżtopór , pracował już nad projektem nowej budowli. Zlecił mu tę pracę Jerzy Ossoliński, wówczas już posiadacz wielkiej fortuny i najwyższych godności w Rzeczypospolitej. Był to projekt nowej świątyni w Klimontowie, wzorowanej na kościołach włoskich, które Jerzy widywał w czasie swoich podróży do Italii. Miała by ona nadać splendoru jego miastu. Chciał ją widzieć kolegiatą. W roku 1643 rozpoczął w Klimontowie wznoszenie kościoła pod wezwaniem św. Józefa. Niestety, siedem lat później, gdy wydawało się, iż niewiele już trzeba, by świątynia została ukończona, Jerzy Ossoliński zmarł w Warszawie 1650 r., mając 55 lat. Pochowano 90 w podziemiach jego kościoła. Stało się podobnie jak w przypadku jego ojca Zbigniewa. Odszedł, nie dokonawszy dzieła. Finalizować je będą inni, ale dopiero w następnym wieku.
Nie wiadomo, jak wyglądało samo miasto w chwili śmierci Jerzego, czyli po blisko 50 latach 0d jego założenia. Nie zachowały się żadne dokumenty z tamtych czasów. Domyślać się jednakże można, iż było już wówczas dość duże i zamożne. świadczy o tym choćby fakt, że podczas "potopu szwedzkiego" spaliło się tu 60 domów. Czyli, że miasteczko musiało się wcześniej wyjątkowo intensywnie rozwijać. Dla porównania dodajmy, że np. Staszów, który nie ucierpiał od Szwedów w taki sposób jak Klimontów, w 1663 r., po półtora wieku istnienia jako miasto, miał około 140 domów i 1000 mieszkańców. Zasobniejszy w domy okazał się Opatów , gdzie było ich wtedy 172, przy ponad 900 mieszkańcach; ale trzeba pamiętać, że to starożytne miasto powstawało właściwie na nowo po 1502 r., kiedy to prawie całe spłonęło podczas najazdu Tatarów , zniszczyli je też Szwedzi.
O zamożności XVII-wiecznych Klimontowian świadczy także "podziemny" Klimontów: wielopiętrowe murowane korytarze, piwnice i lochy wydrążone w lessie pod całym niemal starym miastem. Na taki luksus mogły pozwolić sobie tylko miasta bogate lub mające zasobnych opiekunów. Wątpliwe, by powstały one w wiekach wcześniejszych, gdyż przed założeniem miasta byty tu lasy, zaś po wojnach szwedzkich miasto nie mogło podnieść się z niedostatku przez blisko 200 następnych lat. Za ich XVII-wiecznym pochodzeniem świadczy też, wydaje się, ich architektura oraz znalezione w podziemiach kafle renesansowe. Podobne podziemia mają także Sandomierz i Opatów.
Legendowe przekazy mówią, że w czasach Zbigniewa, Jerzego i Krzysztofa Ossolińskich - z Ossolina przez Klimontów do Ujazdu prowadził kilkunastokilometrowy podziemny korytarz. Podobno jeździł po nim konno saniami sam założyciel miasta, kazawszy wpierw suto wysypać korytarze cukrem.
Jerzy wzniósł w Klimontowie nie tvlko kościoły. Jako człowiek wysoce wykształcony znał wartość wiedzy, ufundował więc przy kolegiacie szkółkę parafialną dla mieszczan, którą kierowali proboszczowie. Wybudował też w pobliżu kościoła dom schronienia dla ubogich "i do niego tułających się żebraków przyjmował i odziewał". Podobne schronisko założone jeszcze przez Zbigniewa w 1620 r. spłonęło bowiem w krótkim czasie.
Po śmierci Jerzego dożywotnią dziedziczką Klimontowa została jego żona lzabella. Jednakże już w 1651 r następuje ogólny podział majątku pomiędzy trzy córki Ossolińskich, jedyny syn Franciszek, podczaszy królowej i starosta lubaczewski, zmarł bowiem w młodym wieku. Klimontów przypadł Urszuli Brygidzie, zamężnej od 1646 r. z Samuelem Kalinowskim z Wołynia, oboźnym koronnym. Należał on do jednego z najpotężniejszych rodów magnackich na wschodnich ziemiach Korony. W Klimontowie nie mógł przebywać, gdyż już od roku 1648 brał udział w wojnach kozackich. Zginął wraz ze swoim ojcem Marcinem, hetmanem polnym koronnym w bitwie z wojskami kozacko-tatarskimi atamana Chlmielnickiego pod Batohem na Ukrainie, 2 czerwca 1652 r. Dobra klimontowskie i ossolińskie pozostały w rękach samotnej wdowy.
0d 1655 r szalała wojna. Całą Rzeczpospolitą zalał "potop szwedzki", podczas którego Klimontów dwukrotnie stal się łupem wojsk nieprzyjacielskich. W 1656 r. w trakcie zimowo-wiosennej ofensywy Szwedzi wycofując się z Sandomierza, .pociągnęli także na Klimontów. Zrabowali miasto i stojące obok siebie stary kościół parafialny oraz kolegiatę, a następnie je podpalili. Drewniany kościółek spalił się doszczętnie, kolegiata w dużym stopniu uległa zniszczeniu - wypaliło się szczególnie wnętrze. Podłożyli ogień pod zabudowania kościelne. Wybuchł też pożar w mieście, pochłaniając przeszło 60 domów. Ocalał jedynie konwent. Jak się okazało, nie na długo. Bowiem już w marcu następnego roku dotarł tu jeden z zagonów kozackich Jerzego Rakoczego z Siedmiogrodu, posiłkującego wojska szwedzkie króla Gustawa.
Najazd nastąpił nocą. Ludność znająca już okrucieństwa najeźdźcy skryła się, a świątynia i domostwa "stały do rabunku otworem". Część maruderów uchodzących nad ranem z łupem zaatakowali chłopi z Ossolina i Goźlic pod przewodnictwem mieszkańca Klimontowa Nikisiołki, uzbroiwszy się w pałki, cepy i widły. Oddział kozacki musiał być niewielki, skoro 36 chłopów zdołało go pokonać. Jedenastu z nich, niestety, zginęło. Kozacy natomiast zmuszeni byli porzucić część zdobyczy i kilka koni.

3. OD UPADKU DO UTRATY PRAW



Zniszczone przez Szwedów miasto podnosiło się z ruin z wielkim trudem. W roku 1663 miało tylko 24 domy oraz 530 mieszkańców, w tym 129 Żydów. Ciążył jednak nad nim jakiś pech, gdyż jeszcze tegoż roku "powietrze grasujące w Polsce do tego stopnia wyniszczyło ludność Klimontowa, że tylko 22 dusz chrześcijańskich, a jedenaście żydowskich przy życiu się ostało". Wraz z ponownym upadkiem miasta popadała w rujnację także kolegiata. Właścicielka nie miała funduszy, by ją odbudować. W roku 1668 zmarła Urszula Kalinowska, a Klimontów wraz z innymi dobrami przeszedł na jej syna Marcina, wojewodę gniewkowskiego, a po śmierci tegoż na jego żonę Krystynę z domu Zebrzydowską.
Krystyna prowadziła ciągle spory majątkowe z proboszczem Stefanem Plewkiewiczem, nie chcąc łożyć na kościół klimontowski. Kukliński nazwał ją "awanturnicą", gdyż pewnego razu, podczas nabożeństwa w kościele Dominikanów kazała nieludzko zbić swojego poddanego, który schronił się tam przed pościgiem jej rajtarów.
Za Marcina i Krystyny Kalinowskich, zapewne też ich staraniem, Jan III Sobieski nadał Klimontowowi w 1677 r. ordynację (przepisy, prawne) ustanawiającą władze miejskie, zatwierdzoną przez Sąd Zadworny 1680 r. Miasto miało 2 burmistrzów, wójta i 5 ławników. Władze te załatwiały wszelkie sprawy cywilne i kryminalne, miały nawet prawo karania śmiercią.
Miasteczko od czasów tragedii w 1663 r zdołało się już na nowo zaludnić. W 1674 r wraz z przedmieściem Zagaje miało 369 mieszkańców,. Niestety, w ogóle się nie rozrastało. W ciągu ponad dziesięciu wymienionych lat przybyły tu zaledwie dwa domy w 1663 r było ich 24, w 1674 - 26.
Po śmierci Krystyny Kalinowskiej dobra przypadły jej jedynej córce Helenie, która była zamężna od 1694 r. z Jakubem Morsztynem, starostą kowalskim, następnie wojewodą sandomierskim, posłem na sejmy za Augusta II Sasa.
Jakub Morsztyn zostawszy wojewodą sandomierskim w 1717 r. okresowo zamieszkiwał w Klimontowie. (...) W dziejach Klimontowa nie zapisał chlubnej karty, bo choć potwierdził przywileje nadane miastu, to w ogóle o nie nie dbał. Nadal było ono nędzne. W 1721 r już w dużym stopniu żydowskie. (domów chrześcijańskich zaledwie 17 "i to bardzo ubogich", katolików 160. Wojewoda nie dbał także o kościół choć sumy w jego były posiadaniu. Dopiero ówczesny proboszcz ks. Walenty Boxa (Oksza) Radoszewski wniósł skargę do Trybunału Koronnego w Lublinie, wytaczając procesy najpierw Jakubowi a po jego śmierci w 1729 r. także - jego żonie. Helena Morsztynowa zmuszona była wreszcie wypłacić znaczne sumy zaległe od czasów potopu szwedzkiego, co pozwoliło świątynię ukończyć, a około połowy wieku ponownie ją konsekrować.
Klimontów miał już wówczas nowych właścicieli. Od roku 1733 był nim książę Janusz Aleksander Sanguszko, miecznik Wielkiego Księstwa Litewskiego, siostrzeniec Heleny Morsztynowej, spokrewniony także z Ossolińskimi poprzez swoją żonę Konstancję z domu Denhoff. Morsztynowie zmarli bowiem bezpotomnie. Krótki okres dziedziczenia Klimontowa przez Sanguszków niczym szczególnym się nie wyróżniał.
Sanguszko w dobrach sandomierskich nie zamieszkiwał. Ze źródeł nie wynika, by cokolwiek dobrego dla miasta zrobił. Nie z jego przyczyny ale w czasie jego włodarstwa Klimontów ponownie podupadł z powodu klęsk żywiołowych. Dnia 13 maja 1733 r. Koprzywianka tak gwałtownie wezbrała, że zalała znaczną część miasta oraz okoliczne pola, skutkiem czego utopiło się kilku ludzi i wiele inwentarza, zasiewy zaś uległy całkowitemu zniszczeniu Wielka drożyzna i głód znaczną część ludności "po obcych rozpędził stronach".
W roku 1740 miasto powraca do potomków Ossolińskich po kądzieli. Piotr Denhoff syn Jana Aleksandra, kasztelana sieradzkiego, i Anny Karskiej, odstąpił księciu Sanguszce Werbkowice, dobra leżące pomiędzy Sokalem a Kamieńcem Podolskim, odzyskując Klimontów. Pierwszy rok rządów Denhoffa w Klimontowie, podobnie jak Sanguszków, rozpoczął się pechowo. 10 października 1740 r., skutkiem starcia się chmur nad miastem, okropna nastąpiła burza. Deszcz ulewny z gradem wielkości kurzego jaja powybijał okna, poniszczył dachy, wiele bydła i trzody chlewnej na polach ubił. Zgorzało też od piorunów wiele domów, a wichura powywracała stodoły. Czując się spadkobiercą wielkiego Jerzego Ossolińskiego, Piotr Denhoff starał się dbać o miasto. Nie bez jego przyczyny stanęła tu w połowie XVIII w manufaktura sukna, wprowadzając do rolniczego charakteru miasteczka nieco przemysłu. W połowie następnego wieku, niestety , już jej nie było. Upadła, nie wytrzymując konkurencji z prężnie rozwijającymi się manufakturami w Staszowie.
Po śmierci Denhoffa dobra klimontowskie i ossolińskie przypadły jego jedynej córce Ludwice, zamężnej od 1745 r. z Franciszkiem Halką-Ledóchowskim herbu Szaława, starostą włodarskim, później czernihowskim. Przez długie lata był on także podkomorzym króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W końcu lat siedemdziesiątych XVlll w. przeniósł się z Wołynia do Gdańska, a następnie do Wiednia, gdzie zmarł 1783 r. W dobrach sandomierskich nie zamieszkiwał.
Samo miasteczko i okolice zdominowane już byty wówczas przez ludność żydowską. W całej parafii klimontowskiej w latach 1764-1766 mieszkało 336 katolików i 340 Żydów. W Klimontowie już przed 1727 r. gmina żydowska miała swoją drewnianą synagogę.
Po Franciszku Ledóchowskim majętności te przypadły jego synowi Antoniemu (1755-1835), który do czasów powstania kościuszkowskiego 1794 r. zamieszkiwał z rodziną na Wołyniu. Potem wyprzedał dobra wołyńskie i mazowieckie i osiadł w Sandomierskiem, stając się lojalnym poddanym austriackim. Przed jego przybyciem zamieszkiwała tam już jego matka Ludwika, być może osiadła tu po śmierci męża.
W chwili osiedlenia się w Klimontowie Antoni Ledóchowski miał już za sobą bogatą przeszłość polityczną. Był wojewodą czernihowskim, dworzaninem króla Poniatowskiego i posłem na Sejm Czteroletni, podczas którego należał do obozu uchwalającego Konstytucję 3 Maja 1791 r. Był też posiadaczem najwyższych odznaczeń państwowych: orderów Orła Białego i św. Stanisława, oraz autorem anonimowych reformatorskich publikacji z okresu Sejmu Wielkiego.
Jego dobra sandomierskie obejmowały majątki klimontowskie i ossolińskie. W klimontowskich było miasto Klimontów i osiem wsi: Górki, Pokrzywianka, Nowa Wieś, Szymanowice, Pęchów, Pęchowiec, Zakrzów i Nawodzice. Klucz ossoliński obejmował miasto Ossolin i jedenaście wsi: Dziewków, Adamczowice, śniekozy, Goźlice, Żuków, Wilkowice, Sternalice, Uzarzów, Osiny, Smerdynę i Łukawicę.
W sumie w obydwu kluczach było 16,5 tys. morgów, w tym około 11 tys. dworskich, ponad 5 tys. włościańskich i około 120 morgów funduszu kościelnego. Za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego w Klimontowie panował względny spokój. Tragiczne wydarzenia epoki rozbiorów: konfederacji barskiej, wojny z Rosją i powstania kościuszkowskiego, jakkolwiek omijały miasto, to ciągłe przemarsze różnych wojsk nie pozwoliły mieszkańcom dojść do zamożności. "Ubóstwo zawsze cechowało mieszczanina klimontowskiego". Nie znaczy to, że nie było tu bogatych obywateli. Przemawia za tym zachowana do dziś w rynku kamieniczka z XVlll w., należąca do jakiegoś zamożnego rodu kupieckiego. Zapewne było ich wówczas więcej. Bogactwo jednakże było udziałem tylko nielicznych. Szczególną biedę cierpieli oko liczni włościanie.
Biedacy znaleźli w nowych właścicielach możnych opiekunów. Zarówno Ludwika, jak i jej syn Antoni dbali wyjątkowo o swoich poddanych, starając się ulżyć ich ciężkiej doli, łożyli też na ich edukację.
W roku 1792 Ludwika Ledóchowska założyła nowy dom schronienia dla ośmiu ubogich, stary - założony jeszcze przez Jerzego Ossolińskiego był zapewne bardzo zniszczony albo już nie istniał. Przeznaczyła na ten cel fundusze z dochodów miasta, ubodzy mieli w zamian posługiwać przy kościele. Utrzymywała też przy współudziale mieszkańców szkołę elementarną. Antoni nadał ziemię chłopom oraz zmniejszył im dotychczasową pańszczyznę, utworzył też magazyn zbożowy na czas klęsk żywiołowych i nieurodzajów. Troszczył się szczególnie o najuboższych włościan: dla wielu z nich wybudował nowe domy z murowanymi kominami. Roku 1800 wystawił szpital dla podeszłych wiekiem starców.
Jako człowiek głęboko religijny hrabia Antoni szczodrze wspierał kościoły w Klimontowie i w Goźlicach. Na utrzymanie fary klimontowskiej przeznaczył 73 tys. złotych polskich. ufundował wiele sprzętów, jak stalle, konfesjonały, obrazy itp. Znacznie przyczynił się do restauracji (1809 r.) kościoła Reformackiego w Sandomierzu. Pobożnością swoją budował poddanych. Nie było też chyba zaskoczeniem dla rodziny, przyjaciół i poddanych, że po śmierci żony wybrał stan duchowny. Przygotowywał się do niego najpierw w zakonie Reformatów Sandomierzu, a następnie w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy w Warszawie, przy kościele św. Krzyża. Przyjął prawdopodobnie tylko święcenia niższe. Zmarł przy tymże kościele w 1835 r, ciało przewieziono do Klimontowa i pochowano w podziemiach fary.
W pamięci rodzinnej pozostał jako człowiek święty, w pamięci poddanych - jako dobroczyńca wrażliwy na nieszczęście i biedę. Potomni jeden tylko czynili mu zarzut, że 1816 r. wysadził w powietrze zamek ossoliński, jakoby poszukując skarbów. Ks. Kukliński uważał zapewne słusznie - iż jako człowiek ceniący wysoko chrześcijańską pokorę uczynił tak, by jego synowie nie odbudowywali zamku, siląc się na zbytni przepych. On też pozbawił Ossolin praw miejskich, bowiem miejscowość nie rozwijała się w ogóle.
Antoni Ledóchowski rezygnując ze świeckiego życia, w 1819 r. przekazał dobra klimontowskie synowi Józefowi, a ossolińskie - Ignacemu.
Ignacy Hilary, były oficer austriacki, po 1815 r znalazł się w armii Królestwa Polskiego. W czasie powstania listopadowego w stopniu generała pełnił funkcję komendanta twierdzy w Modlinie. Później sprzedał dobra ossolińskie i mieszkał w Warszawie, Monachium i Petersburgu, by w 1855 r. osiąść jako rezydent w klasztorze Dominikanów w Klimontowie. Tutaj też zakończył życie w marcu 1870 r. i tutaj został pochowany. Józef Ledóchowski zamieszkiwał w swoich dobrach do 1842 r., kiedy to podzielił majątek pomiędzy dzieci, następnie z żoną Marią wyjechał do Wiednia, gdzie też zmarł.
Dzieci miał pięcioro: Juliana, Mieczysława, Jana, Antoniego i Helenę. W historii Klimontowa zapisał się chlubnie.
Julian jako właściciel, w dziejach Polski - Mieczysław (1822-1902) jako arcybiskup gnieźnieński i poznański, kardynał, więzień pruski w okresie kulturkampfu.
Julian Ledóchowski był radcą dyrekcji głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Warszawie, autorem broszurki o korzyściach płynących z uwłaszczenia chłopów przez wykup. Po jego śmierci w Dreźnie, w 1859 r. Klimontowszczyzna pozostawała na prawach dożywocia w rękach jego żony Karoliny Hulewicz-Ledóchowskiej do roku 1881.
W połowie wieku XlX Julian Ledóchowski wszczął rozbudowę rezydencji w Górkach. Na starym pałacu Zbigniewa Ossolińskiego wzniósł drugie piętro, całości jednak nie wykończył. Zapewne przeszkodziła 1u w tym śmierć w 1859 r. Pałac w takim stanie przetrwał do lat dziewięć dziesiątych tego wieku. Najprawdopodobniej projektodawcą i jego budowniczym był jeden z najwybitniejszych architektów w Polsce owych czasów, Włoch z pochodzenia, Henryk Marconi, który wznosił także rezydencję dla rodziny Karskich we Włostowie. Efektem jego prac był pałac zbudowany na rzucie wydłużonego prostokąta, ograniczonego od frontu dwiema wieżami - według wzorów renesansu i baroku. Park założono na wzór angielski, z rzeźbami, romantycznymi grotami i mostkami. Prawdopodobnie także wówczas zbudowano neoklasycystyczny zespół bramy od wschodniej strony parku: bramę, stróżówkę i ogrodzenie. Drogę do Klimontowa, biegnącą u podnóży wzgórz zwanych dziś "Wistkami", wysadzono kasztanowcami tworząc istniejącą nadal piękną aleję. Wzgórze pałacowe oblewały jeszcze wówczas ze wszystkich stron wody Koprzywianki, stąd do pałacu dotrzeć można było jedynie mostem od strony Klimontowa.
Za czasów dwóch ostatnich Ledóchowskich, Józefa i Juliana, Klimontów dźwignął się z niedostatku. Po utworzeniu w 1815 r. Królestwa Polskiego nastąpiło bowiem kilkanaście lat względnego spokoju, sprzyjającego rozwojowi gospodarczemu kraju. W Klimontowie oprócz rolnictwa bardziej rozwinęło się rzemiosło oraz handel, głównie produktami rolniczymi. Miasteczko handlowało nawet z Warszawą, wywożąc tam krupy, jaja, mąkę itp. A choć pożar w 1819 r. strawił wiele budynków, zamożniejsze już mieszczaństwo szybko je odbudowało. Odrestaurowano też kolegiatę dzięki pomocy finansowej Juliana jako kolatora, "gdyż parafia wówczas zaledwie 800 dusz miała".
Wypadki powstania listopadowego nie pogorszyły stanu posiadania Klimontowa, nie było tu żadnych walk prócz ciągłych przemarszów wojsk. Jednakże trzykrotny nawrót cholery w 1831, 1837 i 1848 r. znaczną liczbą mieszkańców , a najwięcej Żydów "rzucił do grobu". Zubożenie mieszczan nastąpiło w końcu lat czterdziestych w związku z dwukrotnym pomorem bydła i niedostatecznymi urodzajami. Intensywniejszego rozwoju miasta nie da się zaobserwować również i w owych latach. Gdy w 1827 r. było tu 118 domów i 1314 mieszkańców, to po 30 kilku latach, w 1862 r. 133 domy (w tym 31 murowanych) i 1920 mieszkańców, w tym 1318 Żydów. Widać już natomiast pewną zamożność. Samo centrum Klimontowa w połowie XlX w. Przedstawiało się mniej więcej podobnie jak dziś, jednakże większość domów była drewniana. Z naroży kwadratowego rynku wychodziły ulice, z których Krakowska, Opatowska i Sandomierska najbardziej byty okazałe. W miasteczku nie było żadnych fabryk, prócz garbarni i browaru, z którego rozwożono "na całą okolicę zachwalane piwo".
Ludność żydowska trudniła się głównie handlem i rzemiosłem, chrześcijańska żyła z rolnictwa. Istniała tu nadal szkółka miejska założona jeszcze przez Jerzego Ossolińskiego jako szkoła parafialna. Od samego początku opiekowali się nią proboszczowie, funduszami wspierali właściciele, część wydatków pokrywali mieszczanie. Stary budynek musiał być już w XIX w. mocno zniszczony, skoro Julian Ledóchowski zdecydował przenieść szkolę do tzw. szpitala dla ubogich, ufundowanego w 1792 r. przez jego babkę Ludwikę, wcześniej go odrestaurowawszy. W połowie wieku okręg szkolny poszerzono o okoliczne wsie: Zagaje, Borek, Pęchów, Pęchowiec i Tenczyoopol. Szkoła przestała być tylko miejską. W 1865 r., po przeszło 200 latach, władze rosyjskie odebrały opiekę nad szkolą proboszczowi, przekazując ją pod kuratelę burmistrza. W końcu tego wieku zamieniono ją na szkołę gminną. Dzieci żydowskie chodziły do własnych szkół. Gmina żydowska w I połowie XIX w. wzbogaciła się na tyle, że po 1846 r. przystąpiła do budowy nowej, murowanej synagogi. Ukończono ją w latach pięćdziesiątych. Powstała we wschodniej części miasta, tworzącej dzielnicę żydowską, przy niewielkim placu tuż obok rynku. Orientowana budowla została wzniesiona z cegły w formie prostopadłościanu, przykryto ją niskim dachem namiotowym. Elewację frontową poprzedzono czterokolumnowym jońskim portykiem zwieńczonym drewnianym szczytem. Pozostałe elewacje miały opilastrowanie, z zamkniętymi półkoliście otworami dużych okien. Wewnątrz świątynia ozdobiona była polichromią. Obok stał dom rabina i łaźnia, drewniany szpital oraz dwie szkoły: drewniana i murowana. Po wschodniej stronie synagogi mieścił się stary cmentarz. Stała też jeszcze zapewne stara, drewniana bożnica, wiadomo bowiem, że remontowano ją na początku lat czterdziestych. Do dziś ostała się jedynie nowa synagoga, obecnie restaurowana. Nosi znamiona późnego klasycyzmu. Długi okres spokoju, jaki przeżywało miasteczko od 1831 r., zmąciły rewolucyjne wydarzenia poprzedzające wybuch powstania styczniowego. Okazuje się, że jak nigdy dotąd mieszkańcy Klimontowa wzięli udział w ogólnonarodowych manifestacjach religijno-patriotycznych. W roku 1861 postawiono przed głównym wejściem na cmentarz kościoła farnego krzyż pamiątkowy ku czci pomordowanych w Warszawie. W tym samym miejscu w okresie międzywojennym wybudowano pomnik powstańców 1863r.
Jak w całym kraju, także i tu ludność czynnie lub biernie uczestniczyła w tych wydarzeniach. Jeden z dominikanów, Bronisław Markowski, zbiegł nawet do oddziałów powstańczych, był kapelanem u płk. Dionizego Czachowskiego, działającego w Sandomierskiem. Po powstaniu znalazł się pod nadzorem policyjnym, a w 1871 r został wydalony z Królestwa z paszportem emigracyjnym. Przeora Finnina Latusiewicza podejrzewały władze rosyjskie o kontakty z dowódcami partii. Mieszkańcy Klimontowa utworzyli szpital dla rannych powstańców po bitwach w pobliskiej Rybnicy i Jurkowicach, które rozegrały się 20 i 21 października 1863 r. Stoczył je oddział powstańczy płk. Czachowskiego z wojskami ze Staszowa, Opatowa i Sandomierza. Bitwa Jurkowicka zaliczana jest do najtragiczniejszych wydarzeń w Sandomierskiem w całym powstaniu. Na cmentarzach w Klimontowie i Olbierzowicach pogrzebano około 100 powstańców poległych pod Rybnicą i Jurkowicami lub zmarłych z ran w szpitalu klimontowskim. Szpital ów mieścił się w domu zajmowanym dziś przez siostry "skrytki".
źródła tamtych czasów i późniejsza literatura o powstaniu nic nie mówią, by w okolicach Klimontowa miały miejsce inne jeszcze potyczki lub bitwy. Domyślać się mimo to można, iż niejednokrotnie poprzez te tereny przemykały oddziały powstańcze. Stąd też wojska rosyjskie przechodziły w pościgu przez miasteczko i okolice. Zdarzało się, że gen. Ksawery Czengiery z Kielc (z pochodzenia Węgier, prawdopodobnie z matki Polki), jeden z najgroźniejszych tropicieli oddziałów powstańczych w guberni radomskiej, zatrzymywał się w Klimontowie, by odwiedzić rezydującego u dominikanów byłego generała wojsk polskich z l831 r., wspomnianego już Ignacego Ledóchowskiego. Skąd się ci dwaj ludzie znali, nie wiadomo. Po powstaniu, gdy wiele miast w Królestwie Polskim zamieniano na osady, Klimontów zachował prawa miejskie. Niestety. nie na długo. Sami mieszczanie-rolnicy wbrew stanowisku Karoliny Ledóchowskiej wystosowali prośbę do rządu, by ten anulował prawa miejskie.
Decyzją władz rosyjskich z 13 lipca 1870 r. Klimontów przestał być miastem. Mieszkańcy osady płacili mniejsze podatki. Było to dla nich bardzo ważne, gdyż miasteczko ponownie zubożało po pożarze w l864 r. W końcu lat siedemdziesiątych XIX w. żyło tu około 3 tys. osób.

4. OTWARCIE KU śWIATU



Kończył się ponad 120-1etni okres włodarstwa rodu Ledóchowskich w Klimontowie. Wskutek nieporozumień familijnych dobra te nabył w 1881 r Stanisław Karski (1869-1928) ziemianin, działacz polityczny i gospodarczy, w 1863 r. zwolennik "białych" , powstańczy naczelnik powiatów opatowskiego i sandomierskiego. Był on dziedzicem Włostowa i przyległości. (...) Nabyte dobra pod koniec życia rozdzielił pomiędzy dwóch synów.
Michał (l869-1928) otrzymał majątek w pobliskim Kurowie i okolicy, który w 190l r. powiększył nabyciem Ossolina, kupiwszy go od ostatniego właściciela Jerzego Ossolińskiego (ur . l850 r., syn Feliksa). Klimontowszczyznę dostał drugi syn Włodzimierz (zm. 1942 r ), który zamieszkiwał w pałacu w Górkach.(...) W latach 1895-1896 Władysław Marconi, architekt i konserwator, syn Henryka, wprowadził znaczne zmiany architektoniczne w pałacu, w tam między innymi przebudował wieżę północną, dodał attykę na wieży południowej, zmienił formy okien w całym budynku oraz wykonał dekorację elewacji i wnętrz. Pałac nabrał zupełnie odmiennego charakteru : renesansowo-barokowo-rokokowego. Karscy, podobnie jak Ledóchowscy , dobrymi byli włodarzami. Głównym jednakże inspiratorem wielu pożytecznych dla Klimontowa przedsięwzięć był w owych czasach lekarz Jakub Zysman, Żyd. Realizował je wspólnie z Włodzimierzem i Michałem Karskimi oraz Stefanem Chajeckim - właścicielem Ułanowic, którzy służyli swoimi funduszami.
Wspomagał ich często proboszcz klimontowski ks. Wawrzyniec Kukliński, autor interesującej książki o Klimontowie. Zysman przed ożenkiem z katoliczką Eufemią Marią Modzelewską przeszedł na protestantyzm, godząc się, by dzieci były wychowywane po katolicku. Osiedlił się w Klimontowie w końcu ubiegłego wieku jako młody jeszcze człowiek, prawdopodobnie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XlX w. (w 1901 r. miał 40 lat).
Dziś już nie wiadomo. skąd przybył. Do czasów zamieszkania doktora Zysmana cały handel w miasteczku był w rękach Żydów, katolicy mieli tylko jeden sklep. W 1895 r. Zysman i Chajecki założyli drugi "sklep katolicki" pod nazwą "Spółki Komandytowej" oraz jego filię w Koprzywnicy. Spółka dostarczała obywatelom i włościanom nasion, narzędzi rolniczych i wszelkich innych rzeczy do gospodarstwa. Należało do niej wielu obywateli. Ich pomysłem było też "Klimontowskie Towarzystwo Pożyczkowo-Oszczędnościowe", powołane w 1898 r. W roku 1900 skupiało ono 981 członków, a w 1909 r. już 1348, w tym głównie włościan. Celem Towarzystwa było przyjmowanie oszczędności dla ich pomnożenia poprzez oprocentowanie, udzielanie na dogodnych warunkach pożyczek na działalność gospodarczą a także pośredniczenie w zakupie i zbywaniu produktów rolnych oraz rzmieślniczych. Towarzystwo rozwijało się świetnie, mając już po kilku latach milionowe obroty: w 1909 r. dysponowało nawet ponad 2 tys. rubli na cele dobroczynne i użyteczności publicznej. W razie potrzeby mogło w tym względzie współdziałać z miejską kasą oszczędnościowo-pożyczkową, założoną 1872 r. , a posiadającą w 1903 r ponad 8 tys. rubli takiego funduszu.
Wreszcie Towarzystwo na tyle się wzbogaciło, że na rok przed I wojną przystąpiło do budowy własnego domu naprzeciw fary. Jednakże przed 1914 r. Nie zdołano go ukończyć. W latach 1901 - 1902 na koszt gminy powiększono dotychczasowy budynek szkolny, dobudowując piętro. Kilka lat później uczęszczało do niej około 120 dzieci z całej gminy. Z funduszy miejskich przed 1910 r. zakupiono "narzędzia pożarniczo-ratunkowe". dla komendy straży ogniowej oraz wystawiono szopę na ich przechowywanie. Dwa lata później Straż Pożarna (53 osoby) wystawiła z ofiar członków murowaną remizę. Na przełomie wieków kontynuowano brukowanie ulic i rynku: place i główne ulice kosztem miejskim, małe uliczki na koszt właścicieli posesji.
Do lat osiemdziesiątych XlX w. w Klimontowie nie było żadnych bruków, tak że w porze deszczowej ulice były nie do przebycia. Najpierw zaczęto brukować chodniki wzdłuż domów, wreszcie - z inicjatywy Zysmana i Karskich - także ulice i place. Szło to jednakże opornie: do 1910 r. wszystkie ulice i rynek posiadały chodniki, lecz z ośmiu głównych ulic tylko trzy były całkowicie zabrukowane: Sandomierska, Opatowska i Osiecka.
W roku 1907 uzyskano dobre połączenie z traktem opatowskim dzięki szosie poprowadzonej przez Goźlice, a wybudowanej z kapitałów panów Karskich (10 tys. rubli), okolicznych obywateli oraz mieszkańców Klimontowa. Pomysłodawcami tego przedsięwzięcia byli oczywiście doktor Zysman i Karscy. Oni też postarali się, by miejscowa poczta dostarczała mieszczanom gazety codzienne, a w 1910 r. spowodowali przeprowadzenie telegrafu z Klimontowa do Opatowa. Miasteczko otwierało się ku światu.
Korzystając z odwilży politycznej, która nastała w Królestwie Polskim po przegranej Rosji w wojnie z Japonią, także i w Klimontowie rozpoczęła działalność Polska Macierz Szkolna, powołana w 1905 r. z inspiracji kół działaczy postępowych. Była to instytucja mająca skupiać i kierować wszelkimi poczynaniami w dziedzinie oświaty. Zorganizowana w koła prowadziła szkoły powszechne, czytelnie, kursy dla analfabetów itp.
Z inicjatywy Zysmana, Karskich i ks. Kuklińskiego postanowiono założyć w Klimontowie szkołę Macierzy w opuszczonym gmachu klasztornym. W komitecie szkolnym powołanym 1906 r znaleźli się: Włodzimierz Karski, ks. Kukliński, doktor Zysman, adwokat Adam Bartkowski, Stefan Chajecki i aptekarz Kazimierz Majewski. Z funduszy zebranych wśród członków komitetu oraz przy czynnej pomocy mieszczan i włościan odrestaurowano klasztor i otwarto szkołę. Założono również bibliotekę ludową, do której wiele książek zakupiono staraniem W. Karskiego i okolicznych obywateli, przede wszystkim Maksymiliana Rusockiego. Biblioteka cieszyła się wyjątkową popularnością wśród okolicznego ludu. Niestety, obydwie placówki działały bardzo krótko.
W raz z rozwiązaniem przez władze carskie Macierzy Szkolnej w 1907 r. również w Klimontowie zamknięto szkołę i bibliotekę. Próby otwarcia drugiej szkoły prywatnej zostały uwieńczone sukcesem dopiero latem 1910 r. Jednak że i ta działała niedługo. Jakkolwiek zarówno właściciele miasta, jak również mieszkańcy dbali ostatnimi czasy o rozwój miasta, na początku XX w prezentowało się ono dość ubogo. Oczywiście w porównaniu z wiekami wcześniejszymi było znacznie bogatsze i większe, lecz daleko 1u było do zamożności. Kolejna próba wprowadzenia tu przemysłu poprzez założenie prawdopodobnie na przełomie wieków fabryki narzędzi rolnych Jana Zawadzkiego skończyła się - podobnie jak działalność manufaktury sukna w XVIII w. -niepowodzeniem.
Z powodu niedogodności komunikacyjnych została po pewnym czasie przeniesiona do Wierzbnika. Nie było już garbarni, która przez długi czas dostarczała mieszkańcom dobrych skór, zniknął również browar wybudowany jeszcze za pierwszych dziedziców. Pozostał jedynie młyn wodny "na nowy sposób zbudowany", obecnie będący własnością Karskiego.
W miasteczku pracowało kilka olejarni, dwie fabryczki wody sodowej, rzeźnia bydła na peryferiach, po kilka piekarni, jatek i masarni. Większość zakładów i sklepów była w rękach żydowskich, katolicy mieli dwa sklepy, dwie, restauracje (Decki i Skowrońskiego), trzy dobrze urządzone masarnie - (W. Nowakowskiego, Decki i Skowrońskiego) i trzy piekarnie. Wielu innych mieszczan zajmowało się "biciem nierogacizny", lecz nie mając sklepu rozwoziło swoje wyroby lub sprzedawało na straganach na rynku. Szynków było kilka, bowiem Stanisław Karski zlikwidował jeszcze w końcu ubiegłego wieku kilkanaście. (Za Krystyny Ledóchowskiej było ich 16). Dla potrzeb mieszkańców utworzono ochronkę (przedszkole) dla dzieci poniżej siedmiu lat, pod egidą Sandomierskicgo Towarzystwa Dobroczynności: wspierali ją materialnie W. i M. Karscy. Mieściła się w domu św. Józefa, dawnym szpitalu założonym przez Antoniego Ledóchowskiego. Prowadziły ją osiadłe w miasteczku w 1912 r. "pobożne niewiasty", dziś tzw. skrytki. Było to bezhabitowe Zgromadzenie Sióstr Najświętszego Imienia Jezus pod Opieką Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych, powstałe w kraju w grudniu 1887 r. z inicjatywy o. Honorata Koźmińskiego, kapucyna, dziś uznanego za błogosławionego. Nazywano je też marylkami. Celem zgromadzenia było religijne odrodzenie środowiska, otaczanie opieka dziewcząt i niewiast zatrudnionych w rzemiośle, prowadzenie głównie pracowni krawieckich i zakładów opiekuńczych. Sumiennie wykonując swoje prace, zyskały one sympatię mieszkańców Klimontowa. Placówkami typowo miejskimi były jeszcze apteka, poczta i okręgowy sąd gminny, istniejący w miasteczku 0d 1876 r.
W czasach W. Karskiego rocznie bywało tu 2400 spraw.
"Pokątni doradcy, których nigdzie nie brakuje - pisał ks. Kukliński - korzystają z pieniaczego usposobienia mieszczan i rolników [...] i w niecny sposób powiększają liczbę sporów nieraz bagatelnych. Toteż Klimontów w dni na sądy wyznaczone, nabiera większego ruchu i życia [...]". Na początku 1909 r. byty tu 224 domy (w tym 104 murowane) i 5213 dusz, w tym 1356 katolików, 34 prawosławnych i 3813 Żydów. Cała gmina Klimontowska liczyła blisko 15 tys. osób, obejmowała 31 wiosek i 19 folwarków.
Miasteczko miało siedem znaczniejszych ulic: Opatowską,Tylną, Frontową, Staszowską (albo Krakowską), Gęsią, Sandomierską i Osiecką. W pobliżu obydwu kościołów rozpościerała się w miarę zamożna i schludna dzielnica. Wyróżniały się tu dobrze utrzymane domy, jak: probostwo, szkoła miejska, poczta, apteka pani Rościszewskiej, domy Marynowskiego i Bartkowskich oraz kilka kamienic żydowskich. Również w rynku stało trochę okazałych budowli, niektóre kamieniczki z XVIII i XIX w. Jednakże już poza jego obrębem, przy poślednich uliczkach, placykach i zaułkach domy byty nietynkowane, odrapane, wiele z zawalonymi dachami lub w całkowitej ruinie. Niechlujstwo szczególnie obejść żydowskich dopełniało obrazu ubóstwa.
W okresie opadów, szczególnie w dni targowe, Klimontów nie prezentował się zachęcająco: "Rynek kwadratowy, dotąd jeszcze nie brukowany, na nim największe błoto, w którym po uszy uwalane konie i bydło chłopskie podczas jarmarku, na przemian budzą śmiech i politowanie patrzących [...] Wykończenie tego obrazu dopełniają kozy, krowy i ryjące stworzenia, które bez żadnej kontroli, samopas, włóczą się po rynku w największej zgodzie z jarmarkowiczami, powiększając wrzask i hałas jarmarczny. To samo środek miasteczka".
Ludność żydowską i katolicką, współżyjącą w miarę poprawnie, łączyła wspólna bieda. Żydzi w większości wegetowali "w nędzy i ciemnocie", trudniąc się drobnym handlem i rzemiosłem. Wielu było wśród nich stolarzy, szewców, krawców, kuśnierzy, blacharzy itp. fachowców, którzy swoje wyroby zbywali na miejscu lub rozwozili po innych miasteczkach. Handlarze sprzedawali w sklepikach żelazo, towary łokciowe i produkty rolne. W niektórych domach miała miejsce pokątna sprzedaż wódki i hazardowe gry w karty.
Katolicy, w przeważającej części umiejący czytać i pisać, w podobnej żyli nędzy. Zajmowali się zasadniczo uprawą roli, a jako że to nie wystarczało na życie, także rzemiosłem, głównie bednarstwem i murarstwem. Bystry obserwator życia tutejszych mieszkańców ks. Kukliński zanotował, że słabą stroną klimontowian była zarozumiałość, wyrządzanie szkód w cudzych polach i skłonność do procesów. Potrafili wydać ostatni grosz na stroje dla dzieci, naśladując możniejszych, za to trudno było wydobyć od nich składkę na cele społeczne: dla miasta lub kościoła
W ogóle mieszczanom brakowało przedsiębiorczości. Nędza i brak perspektyw wypędzały niektórych za ocean - do Ameryki. Okoliczni włościanie byli roztropniejsi i zamożniejsi, wielu potrafiło czytać i pisać. We wsiach dawniej osiadłych panował porządek, ludność była ofiarna dla kościoła i na swój sposób szczęśliwa(...).

5. POMIĘDZY WIELKIMI WOJNAMI



Nadchodziły ciężkie czasy. Europa zmierzała ku wojnie powszechnej. Dzięki codziennej prasie i kontaktom handlowym także i do Klimontowa docierały niepokojące wieści. Mieszkańcy mieli jednak swoje problemy, które ich na co dzień bardziej absorbowały. Jeszcze na kilka miesięcy przed wybuchem I wojny światowej w gmachu poklasztornym otwarto szkołę początkową, do której z miasteczka i pobliskich wiosek uczęszczało około 100 dzieci. Prowadziły ją dwie nauczycielki przybyłe tu aż z Carskiego Sioła. Do szkółki miejskiej chodziło wtedy 80 dzieci, nauczycielem był pan Pietrzykowski, prefektem miejscowy proboszcz ks. Stanisław Lenartowicz.
Wkrótce o normalnej nauce nie było już mowy, kraj przygotowywał się do wojny. W lipcu 1914 r rozporządzeniem władz rosyjskich pokasowano w całym Królestwie monopole, "a okowitę wylewano w rynsztoki". Podobnie uczyniono w Klimontowie. Mobilizacja do wojska objęła także mieszkańców tych okolic. Brano nie tylko młodzieńców. Poszedł zatem do wojska rosyjskiego m.in. doktor Zysman. Gdzie i pod czyimi rozkazami walczył, nie wiadomo. Jego żona wraz z dziećmi, Brunonem, Jerzym i Renatą, wyjechała do Moskwy, gdzie przebywała do wiosny 1918 r. Bruno ukończył tam gimnazjum polskie, będąc także świadkiem wydarzeń rewolucyjnych, które go później zainspirowały jako poetę i prozaika. Kiedy rodzina Zysmana stawiała pierwsze kroki w Moskwie, do Klimontowa wkraczała wojna. 18 sierpnia nadszedł tu oddział ponad 100 dragonów austriackich, który starł się po południu w Pęchowcu z kozakami. Na drugi dzień miasteczko było znów we władaniu 100 konnych rosyjskich. 3 i4 października miała tu miejsce prawdziwa bitwa. Wojsko rosyjskie stało w Pęchowie i Adamczowicach, austriackie - w Jurkowicach, Julianowie, Szymanowicach i Ułanowicach. Artyleryjska bitwa rozgrywała się ponad miastem, tak że niektóre pociski lub odłamki spadały na domy, także na kościoły, nie wyrządzając jednakże większych szkód. Potem nastąpiła kilkutygodniowa okupacja austriacka.
Było wielu rannych i zabitych żołnierzy, więc Austriacy zajęli na szpital trzy budynki: dom Towarzystwa Oszczędnościowego, klasztor, z którego wyrzucono ks. rektora Romualda Górskiego i służbę kościelną, oraz plebanię przy farze. Poległych i zmarłych z ran pochowano na cmentarzu klimontowskim w zbiorowej mogile, która istnieje do dziś.
Wiosną następnego roku przesunął się ku tym okolicom główny front walk. Na początku maja ofensywa armii austriacko-węgierskiej i niemieckiej przełamała front rosyjski pod Gorlicami i szybko ruszyła na północ. 15 tego miesiąca Austriacy znów byli w Klimontowie. Była to część wojsk 1 armii gen. Dunkla, a wraz z nią w 11 Korpusie 1 Brygada Legionów, która zajęła pozycje pod pobliskimi Konarami. Front na tych terenach zatrzymał się na linii rzeki Koprzywianki, biegł od Łagowa przez Szczeglice do Klimontowa i dalej do Koprzywnicy. 16 maja wojska rosyjskie wznowiły kontruderzenie, rozpoczęły się wielotygodniowe walki pozycyjne. Pod Konarami 0d 16 do 23 maja najcięższe boje toczyły Legiony z Józefem Piłsudskim na czele, który główną kwaterę miał we dworze Karola Wyrzykowskiego w Domaradzicach. Poniosły one ogromne straty. Po kilku dniach bitwa przesunęła się także ku Klimontowowi. Naokoło miasteczka okopała się piechota i artyleria austriacka, Rosjanie zajęli pozycje w okolicach Pęchowa, za Zakrzowem, ku zachodowi i wschodowi. Ogromna bitwa trwała przez 6 tygodni, do końca czerwca. Nazywana jest bitwą pod Konarami.
Austriacy zostali w Klimontowie do końca wojny. I jakkolwiek mieszkańcy nie przeżywali już tragedii walk, to jednakże nowa okupacja wojenna nie sprzyjała rozwojowi, a nawet normalnemu życiu miasteczka.
W listopadzie 1918 r , podobnie jak w całej Polsce, także w Klimontowie rozbrojono komendę wojskową austriacką. Uformowała się zaraz milicja miejska i żandarmeria z 40 młodych ludzi, przejmując kontrolę i władzę w mieście. Po długim okresie niewoli odradzała się wolna Polska. Do Klimontowa wracali z wojska lub z niewoli niektórzy jego mieszkańcy. Być może powrócił wówczas także doktor Zysman. Zjechała już była wcześniej jego rodzina z Moskwy. Bruno przebywał wtedy w Krakowie, gdzie zapisał się na Uniwersytet Jagielloński. Zajęć jednakże jeszcze nie rozpoczął, bowiem tuż po inauguracji roku akademickiego wstąpił do Batalionu Akademickiego, by rozbrajać żołnierzy austriackich i bronić mienia państwowego. W pierwsze ferie zimowe 1919 r. przybył do domu i wówczas stworzył teatr amatorski. Zainscenizował Gabrieli Zapolskiej "Ich czworo". Przedstawienie się udało, ściągając do klasztornego refektarza całą elitę Klimontowa i najbliższej okolicy. Zachęcony sukcesem wystawił następnie Wesele Stanisława Wyspiańskiego, w którym zagrali autentyczni chłopi z okolic. Wkrótce po powrocie na studia dał się poznać jako poeta awangardowy, a także członek partii komunistycznej. Znany był wówczas i także dziś jako Bruno Jasieński.
Jeszcze w 1918 r. otwarto w gmachu klasztornym Seminarium Pedagogiczne Nauczycielskie. Zebrano wpierw na bursę 1200 koron od mieszkańców, 18 tys. przeznaczył na Seminarium gen. Józef Dowbór-Muśnicki, były dowódca I Korpusu Polskiego w Rosji, później dowódca wojsk powstańczych w Wielkopolsce. Rozpoczęło w nim naukę 43 chłopców (w tym 10 było w bursie) na dwóch kursach. Ukończyło go wiele miejscowej młodzieży, m.in. Maria Malec, społeczna działaczka ziemi staszowskiej i sandomierskiej. Przypuszczalnie otworzyła wówczas swoje podwoje także klimontowska szkoła elementarna. W 1919 r. założono Kółko Rolnicze, grupujące 89 członków. Miasteczko zaczynało normalne życie. Zadbano więc także o najmłodszych mieszkańców Klimontowa, najbardziej bezradnych i bezbronnych, wśród których były też zapewne ofiary wojny, o sieroty.
W roku 1922 siostry "skrytki" otworzyły internat dla 30 bezdomnych dzieci. 20 stycznia tego roku przybył do Ochronki ksiądz biskup sufragan sandomierski Paweł Kubicki (...). Biskup poświęcił w Ochronce kaplicę, w której odtąd przechowuje się Sanctissimum.
W latach dwudziestych siostry otworzyły jeszcze Zasadniczą Szkołę Zawodową dla dziewcząt. Nauczano w niej krawiectwa, hafciarstwa, tkactwa i introligatorstwa. Szczególnie znane byty wytwarzane przez uczennice kilimy klimontowskie.
Klimontów był już wówczas ludnym miasteczkiem. W roku 1921 w 400 domach zamieszkiwało około 6 tys. osób, w tym 80 proc. stanowili Żydzi. Taki układ stosunków narodowościowych przetrwał do II wojny światowej, w 1931 r. było tylko 1103 katolików. Podobnie przedstawiała się sytuacja w większości miasteczek ówczesnej Polski, szczególnie małopolskich. Nic nie wiadomo, by w Klimontowie wybuchały z tego powodu jakieś poważniejsze konflikty pomiędzy Polakami a Żydami.
Niestety, miasteczko nadal miało charakter rolniczy. Oddalone od głównych traktów komunikacyjnych nie potrafiło ściągnąć do siebie przemysłu. Rozwinęło się natomiast Towarzystwo Oszczędnościowo - Pożyczkowe, które ukończyło budowę gmachu rozpoczętego przed I wojną oraz przekształciło się w Bank Powszechny. Funkcjonowały nadal dwa sklepy akcyjne. Cały handel i rzemiosło pozostawały w rękach Żydów. Sławne były nadal na okolicę jarmarki klimontowskie.
Lata dwudzieste to czas kilku innych, znaczących wydarzeń w dziejach miasteczka podniosłych, ale także smutnych. Na początku 1924 r , z inicjatywy - mecenasa Adama Bartkowskiego, mieszczanie zebrali 40 mln marek, zamierzając ufundować pomnik powstańcom poległym w bitwie pod Rybnicą w 1863 r Koszt całego przedsięwzięcia oszacowano na sumę 1 mld marek. W sierpniu pomnik - obelisk był już gotowy. wykuł go kamieniarz Piwnik z Kurowa. W przeddzień rocznicy bitwy, 19 października odbyło się uroczyste poświęcenie pomnika, które zgromadziło bardzo licznie zarówno obywateli. lud okoliczny, jak też dziatwę szkół powszechnych. Patriotyczne kazanie wygłosił ks, Lenartowicz. Po poświęceniu pomnika, ustawionego w pobliżu bramy głównej wiodącej na cmentarz kościoła farnego, przemówili przedstawiciele klimontowian:
Władysław Nowakowski i Wincenty Rokwisz, oraz gość z Sandomierza - starosta Węgliński. Po uroczystości urządzono kwestę dla zasilenia komitetu społecznego w Olbierzowicach, który także zamierzał ufundować podobny pomnik powstańcom z tego samego oddziału, poległym w Jurkowicach 21 października, Zebrano 100 złotych
Dziewięć lat później, 8 września 1929 r zjechał do Klimontowa prezydent Ignacy Mościcki "z ministrami i całą świtą", by wziąć udział w poświęceniu pomnika w pobliskim Zberadzu, wy stawionego legionistom Piłsudskiego poległym w 1915 r. w okolicach Klimontowa, Konar i Zberadza. Pomnik poświęcił ks. bp M . arian Ryx. Klimontowianie wykorzystali pobyt prezydenta, by uświetnić uroczystość poświęcenia nowo wybudowanego w miasteczku Domu Ludowego. Mościcki odwiedził również szkołę i zakład opiekuńczy sióstr skrytek (...)
Kończył się dwudziestoletni okres II Rzeczypospolitej. Nadchodziły nowe klęski, a z nimi kolejny upadek Klimontowa. Przed II wojną światową nie był on ani bogatszy, ani specjalnie uboższy W 1939 r. było tu około 6,5 tys. osób.
Walki wrześniowe 1939 r ominęły miasteczko. Docierały tu jedynie echa działań wycofującej się przez Osiek ku Wiśle Armii "Kraków". Miasteczko było już wówczas w rękach Niemców. Stało się to po 7 września, kiedy to wojska nieprzyjacielskie weszły do Opatowa. Po odejściu wojsk w Klimontowie pozostała komenda żandarmerii, zająwszy część klasztoru, a później budynek szkolny przy ulicy Krakowskiej. W końcu października tego roku tereny te zostały włączone do Generalnego Gubernatorstwa i dystryktu radomskiego
W roku 1940 skierowano do Klimontowa pewną liczbę ludności wysiedlonej z Warszawy , Zduńskiej Woli i Przasnysza. Wśród przesiedleńców znaleźli się także profesorowie szkół średnich, a nawet z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy zainicjowali organizowanie kompletów tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej. Nie ma sensu rozwodzić się, jak niebezpieczna to była działalność, ale równocześnie wyjątkowo atrakcyjna dla klimontowskiej i okolicznej młodzieży , bowiem przed wojną Klimontów nie posiadał gimnazjum czy liceum.
Począwszy więc 0d września 1940 aż do sierpnia 1944 r., działało tu kilka zespołów tajnego nauczania w zakresie szkół średnich. jednym z kompletów kierował prof. Stanisław Walczyna, wykładowcami zaś byli: prof. Roman Kosiński, małżeństwo nauczycieli Łabudów, studentka Zdzisława Pustelnik oraz prof. Mackiewicz. Zajęcia w grupach 4-5 osobowych odbywały się w domach państwa Słowiakowskich, u doktora Walentego Ihnatowicza (znany z tego, że biednych leczył damo) lub u Wieczorków w Klimontowie oraz u państwa Dudów w pobliskim Pęchowie. Innymi kompletami kierowali prof. Uniwersytetu Warszawskiego Maciej Żurowski i prof. Piotr Babczyszyn. Spośród nauczycieli szkół powszechnych wykładali: Franciszek Dąbrowski, Helena Kozioł i Władysław Brodzki z Klimontowa (aresztowany w 1942 r., zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu). Wśród uczniów tajnych kompletów znaleźli się dziewczęta i chłopcy zarówno z miasteczka, jak i pobliskich wiosek, m.in. z Klimontowa - Bogdan Sierant, Kazimierz Kwapisz, rodzeństwo Nowakowscy, Danuta i Zofia Kosińskie, Mieczysław Pająk, Iza Uroda i Roman Romanowicz, z Pęchowa, Józef Zawada, Krystyna i Irena Duda, z Górek - Józef Bara i Anna Szemraj, z Koprzywnicy - Kazimierz. Stawiarz, z Jurkowic Zygmunt Kotaś. Wielu zdało małą lub dużą maturę, niektórzy po wojnie poszli na wyższe uczelnie (Romanowicz, Kwapisz).
Jeszcze w 1939 r zaczęło się tworzyć w miasteczku podziemie antyniemieckie. Jego inicjatorami byli Jerzy Wieczorek, bracia Wiktor i Zygmunt Hamerscy oraz Stanisław Szwarc-Bronikowski (dziś znany jako autor ciekawych reportaży podróżniczych). Hamerscy i Bronikowski rozpoczęli wydawanie pisemka "Komunikat", czerpiąc do niego wiadomości z nasłuchu radiowego; powstawało ono w zakładzie fotograficznym Zygmunta Hamerskiego. Wkrótce wciągnięto do tych prac Władysława Mądrego z Klimontowa i Mariana Osucha z Nowej Wsi. Na przełomie 1939/40 r. pisemko przeniesiono do Sandomierza, który stał się siedzibą jednego z obwodów Związku Walki Zbrojnej (później AK), tworzącego sieć placówek podziemia zbrojnego w całym kraju. Wówczas to miasteczko i najbliższe okolice zostały wydzielone jako Podobwód II Klimontów (kryptonim "Czeremcha"), który wszedł organizacyjnie w skład Obwodu Sandomierz, a ten z kolei w skład Okręgu Radomsko-Kieleckicgo "Jodła". Podobwód "Czcremcha" miał trzy placówki: Klimontów, Jurkowice i Lipnik, jego komendantem był kpt. Tadeusz Pytlakowski "Tarnina". W komendzie Obwodu Bronikowski "Roman" był jednym z szefów Biura Informacji i Propagandy oraz dowódcą oddziałów dywersyjnych, pełnił tu także ważne funkcje administrator majątku Górki Zdzisław Borzewski "Jurand".
Organ prasowy "Komunikat" nadal wydawali Bronikowski i Hamerscy. w 1941 r pismo zmieniło tytuł odtąd nazywało się "Na posterunku".
Z Klmontowa i okolic zaangażowało się w pracę podziemną wiele osób. Nie sposób wymienić wszystkich. Dość wspomnieć, że w partyzantce (w oddziałach NSZ, AK, i BCH) znalazło się z tych terenów blisko 100 młodych ludzi, z tego z Klimontowa około 30. Organizatorem podziemia był tu Jerzy Wieczorek. W oddziałach zbrojnych znaleźli się między innymi: Wit Łukaszek "Mściwy", Kazimierz Kwapisz "Longinus", Władyslaw Kosmala, Jan Witaszek, jego brat Wacław "Rzymianin", bracia Hamerscy, Władysław Mądry "Drewko", Zygmunt Kaniewski, Tadeusz Uchański, Wiesław Ciepiela, Tadeusz Gomulak, Stanisław Klubiński. Kazimierz Proficz, znany ślusarz klimontowski, oddawał nieocenione usługi ludziom z lasu jako rusznikarz. Kazimierz Rutkowski oraz Kazimiera Piątkowska (później Rutkowska) byli kolporterami prasy podziemnej.
Jesienią drugiego roku wojny przeszedł zza Wisły w Sandomierskie oddział dywersyjno-bojowy "Jędrusie", zbrojne ramię organizacji podziemnej ,,Odwet". Powstały one w powiecie tarnobrzeskim już w październiku 1939 r. z inicjatywy Władysława Jasińskiego "Jędrusia" (zginął w styczniu 1943 r ). Oddział działał przez długi czas jako jednostka samodzielna, od 1943 r. współpracował z AK, a w marcu 1944 r. wszedł w skład AK. Operował głównie w rejonie Sandomierza, Połańca, Staszowa, Opatowa, ale także za Wisłą. Niejeden szlak "Jędrusiów" prowadził przez Klimontów.
Pobliskie Sulisławice stały się jednym z głównych ośrodków zaopatrzeniowo-kwaterunkowych oddziału. Już w końcu 1940 r "Jędrusie" powielali tam tajną gazetkę "Odwet", a w 1943 r. urządzili w podziemiach starego kościoła drukarnię. W Klimontowie Piątkowska prowadziła punkt kontaktowy oddziału i wraz z Rutkowskim zajmowała się kolportażem ,,Odwetu". Pisemko rozchodziło się w całym Kieleckiem, przenoszono je także w Lubelskie.
Sulisławice służyły "Jędrusiom" do końca ich działalności. Miejsce pielgrzymkowe, tu bowiem mieści się Sanktuarium Maryjne ziemi sandomierskiej, umożliwiało im wszelką działalność podziemną, łatwo było w każdej sytuacji podać się za pątnika. Z tego względu było też dość bezpieczną bazą na czas po akcjach. "Jędrusie" dobrze się tu czuli. Nic też dziwnego, że na miejscowym cmentarzu spoczęli we wspólnej mogile polegli partyzanci, a wraz z nimi ich pierwszy dowódca - Władysław Jasiński. W starym kościele z XIII w. mieści się dziś izba pamięci oddziału.
26 stycznia 1943 r. grupa "Jędrusiów" pod dowództwem kolejnego naczelnika - Józefa Wiącka "Sowy" - wykonała udany atak na niemieckie magazyny w Klimontowie. Mieściły się one w synagodze, gdzie okupant zgromadził w owym czasie całe mienie zrabowane tutejszym Żydom. Atak nastąpił pod osłoną nocy, po obezwładnieniu posterunków policyjnych. Wyładowawszy wszelkim dobrem wozy i sanie, partyzanci, pod ostrzałem, wycofali się szczęśliwie ku Szymanowicom. Strat nie mieli żadnych. W akcji brali udział m.in. Zdzisław de Ville "Zdzisiek" oraz Eugeniusz Dąbrowski "Genek", późniejszy autor interesujących książek o "Jędrusiach". Część zdobytych materiałów przeznaczono dla partyzantów, część - na cele charytatywne.
Latem 1943 r. na terenach pomiędzy Klimontowem i Sandomierzem powstał 40-osobowy oddział partyzancki, tzw. "Grupa Lotna" pod dowództwem ppor. "Orlicza" - Stefana Franaszczuka. Żołnierze z tej grupy wykonali w Klimontowie dwa wyroki śmierci, wydane przez sąd wojskowy Inspektoratu Sandomierz AK, na wachmistrzu żandarmerii Karlu Lóchnerze oraz kierowniku "Bacutilu" Narcyzie Płonczyńskim. Patrolem likwidacyjnym dowodził Jan Bojanowski "Walter".
W Klimontowie wiele domów współpracowało z partyzantami, ale bodaj najbardziej wszechstronną pomocą służyły im siostry marylki. W zaświadczeniu wydanym siostrom w 1948 r. przez byłych żołnierzy Batalionów Chłopskich czytamy m.in.: "Zakonnice w Klimontowie podczas okupacji były ośrodkiem dla ruchu oporu. Tu pracowała radiostacja, krótkofalówka AP4. Tu były skrzynki przerzutowe prasy konspiracyjnej, tu odbywało się bezpłatne tajne nauczanie. Stąd wysyłano paczki do obozów śmierci, stąd pobierano leki dla nas, ludzi z lasu". Ukrywały one przez pewien czas kilku członków AK, wśród nich doktora Podgórskiego z Warszawy, ordynatora Szpitala Ujazdowskiego, oraz utrzymywały kontakt z kapelanem działającego na tym terenie oddziału AK, ks. Wacławem Mokosą, noszącym pseudonim "ks. Franciszek Szoft". W lipcu 1944 r. przygotowywały posiłki dla przebywających w pobliżu partyzantów. Był to czas mobilizacji podziemnej armii.
Latem tego roku, kiedy front rosyjski zbliżał się ku Wiśle, wojsko okręgu "Jodła" rozpoczęło mobilizację do akcji zbrojnej "Burza". W lasach okolic Klimontowa formował się w lipcu 2 pp wchodzący w skład 2 DP Legionów. W folwarku Żyznów zakwaterował się ze swoim sztabem dowódca dywizji ppłk "Lin" - Antoni Żółkiewski, część żołnierzy przebywała w Rybnicy. W Rybnicy byli też "Jędrusie". W lasach klimontowskich ukrywały się dwie kompanie Bach, w lasach góreckich rozłożyła się "Grupa Lotna".
Wszystkie te oddziały przeprowadzały liczne akcje na wycofujące się jednostki niemieckie. Walki miały miejsce także w rejonie Klimontowa: pod Łoniowem, Lipnikiem i Włostowem. Około 10 sierpnia 2 pp Legionów przesunął się na północ od Gór świętokrzyskich.
Wojska "Jodły" próbowały przyjść z pomocą walczącej Warszawie. Niestety, wstrzymanie frontu rosyjskiego na Wiśle oraz zdwojone ataki niemieckie zmusiły dowództwo Polski podziemnej do zaniechania marszu ku stolicy. We wrześniu jednostki Okręgu "Jodła" toczyły zwycięskie boje w lasach włoszczowskich. Tymczasem Klimontów 0d półtora miesiąca był już wyzwolony. Na przełomie lipca i sierpnia wojska rosyjskie sforsowały Wisłę pod Baranowem, wspomagane przez jednostki akowskie z Sandomierskiego. Tocząc boje, posuwały się w miarę szybko ku północnemu zachodowi. Wojsko niemieckie, którego w miasteczku przybywało stale od wiosny 1944 r , wpadło w popłoch. 6 sierpnia, ustępując z Klimontowa, żołnierze podpalali domy i zabudowania gospodarcze. W obawie o życie nikt nie gasił pożarów. "Klimontów płonął całą noc niby Rzym - za Nerona, oświecając drogę uciekającym Niemcom". Rano zaczęły podchodzić wojska rosyjskie. Wycofujący się Niemcy ostrzeliwali się. Na miasto padały kule armatnie, dwa pociski trafiły też w kościół, niszcząc częściowo dach. Wkrótce na uliczkach pojawili się pierwsi czerwonoarmiejcy, "ziemia dudniła od czołgów i ciężkich armat".
Kilkanaście następnych dni upłynęło spokojnie. Żołnierze czerwonej armii nawiązywali "handlowe kontakty" z miejscową ludnością. Niespodziewanie, 18 sierpnia o 9 wieczorem nastąpił nalot samolotów niemieckich. Padły bomby, Klimontów znów się palił. Ludzie w popłochu zapełniali podziemia obydwu kościołów. Straty były duże. około 100 ofiar, w tym 40 zabitych, reszta rannych. Przez sześć tygodni trwały nieustanne walki. Kościoły przez cały ten czas stały się miejscem zamieszkania dla około 1000 osób. Okoliczni chłopi ściągali też do miasteczka, by chronić się w świątyniach. Dzięki Opatrzności obydwie ocalały, doznając niewielkich raczej uszkodzeń, ocaleli też ukrywający się w nich ludzie. Tymczasem 60 procent budynków w mieście uległo zniszczeniu. Dnia 6 września ewakuowano ludność do okolicznych wiosek. W miasteczku pozostała jedynie "garstka parafian". Niestety, niektórzy z nich rabowali opuszczone domy. Dopiero po miesiącu mieszkańcy powracali do swych domostw. Miasto zostało utrzymane przez Rosjan, których napływało tu coraz więcej. Pozostali w tych okolicach aż do następnego roku, kiedy to ponownie ruszył zatrzymany wcześniej front. Do dziś w lasach okolic Klimontowa i dalej, aż po Smerdynę i Łukawicę na zachodzie, pozostały ślady po wielu setkach ziemianek.
W alki i bombardowania sierpnia i września 1944 r. spowodowały, że niektórzy mieszkańcy nie mieli już do czego wracać. Niemcy zniszczyli też bombami zrzuconymi z samolotów budynki marylek - jak mówią siostry - z zemsty za ich zaangażowanie się po stronie polskiego podziemia; wcześniej dwaj szpiedzy wyśledzili tę działalność. Kilka sióstr, między innymi Zofia Wituch, zmuszonych było ewakuować się z. 30 wychowankami schroniska do Łoniowa. Zajęły tam piętro opuszczonego pałacu, nie wiedząc wówczas, że na parterze mieściło się NKWD. Przebywały tam aż do wiosny 1945 r , żyjąc z dziećmi dzięki swojej zaradności i pomocy ludności wsi. Liczba sierot zebranych "po prostu na drodze" wzrosła do tego czasu do ponad 120 dzieci. Zostały one następnie umieszczone w domach dziecka w Sandomierzu i Karpaczu, pod opieką sióstr tego samego zgromadzenia. Dwadzieścia pięć starszych wychowanek powróciło z siostrami do Klimontowa i zamieszkało w wynajętym domu: z czasem przeniosły się z dziećmi, za zgodą dyrektora Władysława Nowakowskiego, do budynku banku, na piętro.
Siostry marylki jak bodajże żadna grupa społeczna miasteczka czasów wojny zasłużyły sobie na miano bohaterek i obrończyń uciśnionych. Około 30 kobiet, dysponując swoimi budynkami i raczej skromnymi finansami. zrobiło tak wiele, że nie sposób o tym nie wspomnieć. Przez całą wojnę nie zważając na trudności kontynuowały nauczanie w Żeńskiej Szkole Zawodowej, przygotowując w niej sieroty i miejscowe dziewczęta do zawodu, ale także chroniąc wiele w ten sposób od wywózki na roboty do Niemiec. Nie zaniedbując sierocińca, utworzyły też dla części uczących się dziewcząt internat przy szkole. Już w 1939 r. w ochronce i w szkole miały około 100 dzieci. Szczególnie należy podkreślić działalność kierowniczki Schroniska św. Józefa - Marii Herman (s. Urszula, zm. 1972 r. w Klimontowie), która dziewczętom opuszczającym zakład lub wychodzącym za mąż robiła odpowiednią wyprawę, a niekiedy urządzała przyjęcie ślubne. Z jej też inicjatywy w latach 1940-1942 siostry urządziły kuchnię powszechną dla biednych i przesiedlonych z innych miast, wydając dziennie kilkaset posiłków. Korzystały przy tym z pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża. Otaczały opieką chorych. bezdomnym organizowały dach nad głową. W swym miłosierdziu nie pominęły także Żydów.
Ukrywały przez pewien czas w domu Żyda, który po wojnie przybrał nazwisko Zasławski. Przyjęły do sierocińca trzy małe Żydóweczki, które dzięki temu przetrwały wojnę. Po wyzwoleniu odebrały je rodziny, jedna z nich - prawdopodobnie córka Żyda z Opatowa - pod nazwiskiem Maria Ropelewska mieszka do dziś w Kanadzie. Pomoc patriotyczna sióstr dla podziemia zbrojnego wieńczy ich różnorodną działalność.

Wojna dokonała w Klimontowie wielu zniszczeń, najboleśniejsze jednakże były rany zadane ludności. Wspominano już o zabitych podczas walk, ale specjalny akapit należy się ludności żydowskiej, która zniknęła prawie zupełnie z Klimontowa i okolic jesienią 1 942 r. Getto klimontowskie powstało prawdopodobnie w 1940 r., gromadząc ludność żydowską nie tylko z okolicznych wsi, lecz także z innych miast polskich. Znaleźli się tu Żydzi z Radomia i Łodzi, być może także z tzw. Kraju Warty, a wiosną 1941 r przyszły tu transporty wiedeńczyków z getta w Ostrowcu oraz bezpośrednio z Wiednia. W tym drugim transporcie większość stanowili Żydzi starsi, głównie wolnych zawodów: lekarze, nauczyciele, kupcy. W sumie przesiedlono do miasteczka blisko tysiąc Żydów, razem z tutejszymi było ich ponad 4 tys. (Mieszkńcy Klimontowa twierdzą, że było ich dwa razy więcej). Miejscowa ludność żydowska przygarnęła wygnańców do swoich domów w getcie, którego teren wyznaczały umieszczone na jego obrzeżach tablice. Przekraczanie jego granic groziło
śmiercią. Miasteczko stało się "istną Palestyną". Nieliczni Żydzi uciekali z getta. Niektórzy z nich znaleźli schronienie w okolicznych wioskach, między innymi w pobliskiej Byszówce. Mońka Epelbauma ukrywała w Klimontowie Anna Piątkowska, zaangażowana wraz ze swoją siostrą Kazimierą w prace podziemia. Anna wyszła potem za mąż za owego Żyda, który zmienił nazwisko.
Niemcy początkowo nie znęcali się nad mieszkańcami getta. W 1942 r. zaczęli ich jednakże stopniowo i systematycznie ograbiać. Okazji do tego specjalnie nie szukali. Brali zakładników, z których część rozstrzeliwali na miejscowym stadionie, część proponowali gminie żydowskiej wykupić. Żydzi składali okup w postaci złota i kosztowności, lecz po jakimś czasie Niemcy ponawiali żądania, biorąc kolejnych zakładników, z których znów pewną liczbę tracili. Ten proceder powtarzali jeszcze kilkakrotnie. Około jesieni pozostawili ich w spokoju.
Ci przeczuwali najgorsze. Starzy mieszkańcy Klimontowa opowiadają, że szczególnie nocami dochodziły z getta głośne płacze i zawodzenia. Wreszcie, 29 października nadszedł najtragiczniejszy dzień w historii tak klimontowskich Żydów, jak i w dziejach miasta. Niemcy ogłosili wcześniej, że tego dnia wszyscy Żydzi mają się zgromadzić na rynku. Sprowadzone dodatkowo oddziały wojska i żandarmerii pilnowały ewakuacji.
"Żydzi [...] ciągnęli ku Rynkowi. Żydówki z dziećmi przy piersi i starcy ledwo się poruszający, wszystko to gorączkowo się śpieszyło, choć wiadomo było po co - po śmierć". Już w trakcie zbiórki zaczęły padać pierwsze ofiary. To Niemcy i kałmucy popędzając maruderów, strzelali do niedołężnych starców i upadających chorych. Wkrótce uformowano kolumny, na czele których ustawiono wcześniej przygotowane podwody z najsłabszymi i dziećmi. Każdą grupę otaczała eskorta z odbezpieczonymi karabinami. Według jednego z Polaków powożących furmanką, mieszkańca Klimontowa Leona Skórskiego, wówczas 18-1etniego chłopca, którego tak jak innych przymuszono do dostarczenia wozów, kolumn tych było osiem, a w każdej po około 500-600 osób. Ledwie pochód ruszył padły nowe strzały. "Droga do Sandomierza z Klimontowa była usiana trupami". Wśród polskich i zagranicznych Żydów znalazł się znany lekarz z Klimontowa doktor Kapłan, którego w miasteczku niezwykle ceniono i szanowano, podobnie jak wcześniej doktora Zysmana. Wedle kronikarskiego zapisu ks. Zadęckiego -"Był on wzorem nie tylko uczciwego i szlachetnego człowieka, ale przykładem i wyrzutem dla katolików, jak pojmować miłość bliźniego". Kilku klimontowian proponowało mu pomoc w ukryciu, lecz on odmówił argumentując: "Nie mogę ich teraz opuścić". I poszedł ze wszystkimi ku swojemu tragicznemu przeznaczeniu.
Nikt nie liczył, jak wielu Żydów zastrzelono po drodze. W Sandomierzu część pozostawiono w getcie, część zapakowano do pociągu towarowego i powieziono do największego wówczas obozu koncentracyjnego w Treblince. W Klimontowie pozostała komenda policji żydowskiej dla pilnowania dobytku byłych mieszkańców getta. Wśród Polaków zapanowała panika, gdyż rozeszła się pogłoska, jakoby Niemcy zamierzali i z nimi uczynić to samo. Wkrótce zaczęło się "przeczesywanie" żydowskich domów w poszukiwaniu złota i wszelkiego dobra, które mieszkańcy getta pośpiesznie ukrywali, przeczuwając najgorsze. Czynili to... policjanci żydowscy pod kontrolą Niemców. rozbijali piece, ściany, przekopywali piwnice itp. Żydzi sami wskazywali bogatsze domy i ewentualne kryjówki, chcąc być może w ten sposób wykupić własne życie. Odnalezione dobra znoszono do synagogi, zamierzając je następnie wywieźć do Sandomierza, a następnie do Rzeszy. Niemców uprzedzili "Jędrusie", opróżniając magazyny, o czym już pisano. Zniknęli też Żydzi - policjanci, prawdopodobnie wywiezieni do obozu.
Drogą wskazaną przez Niemców i Żydów ruszyły teraz grupki młodych klimontowian żądnych "łatwej zdobyczy". Zaopatrzeni w kilofy, żelazne drągi itp. narzędzia oraz latarki chodzili po domach żydowskich, odgrzebując resztki ukrytych skór, materiałów, cennych przedmiotów domowych, być może także kosztowności. Poszukiwaczy tych nazywano "górnikami". Ogół mieszkańców nie akceptował tej działalności, nie sposób było jednakże jej zapobiec. Pijaństwo zaczęło opanowywać młodych ludzi, którzy zbywali łupy zamieniając je na wódkę. Był to jednakże margines młodzieży klimontowskiej, wielu młodych ludzi zaangażowanych było, jak już wspomniano, w tajne nauczanie lub podziemie zbrojne.
Tak więc po blisko trzech i pół wieku współżycia obydwu narodowości, choć nie zawsze zgodnego, ale przecież tworzącego związki nie dające się wymazać z pamięci, w Klimontowie pozostali już tylko sami Polacy. Jakże trudne i dla nich nadchodziły czasy. Powstawała nowa, komunistyczna Polska. W roku 1945 miasteczko liczyło niespełna 2 tys. mieszkańców.

6. POD "RZąDAMI LUDOWYMI"



Już u schyłku wojny Klimontów i okolice doznały opłakanych skutków rządów nowych włodarzy Polski. "Karząca ręka sprawiedliwości ludowej" dosięgła wielu członków akowskiego podziemia zbrojnego. Jednych NKWD zamordowało w pobliskiej Byszówce, drugich osadzono w więzieniach (między innymi na zamku w Sandomierzu). Niektórzy ukrywszy się wcześniej, po zakończeniu wojny przenosili się w inne rejony Polski, głównie na zachód. Z Górek Klimontowskich już wcześniej wyjechali Karscy, znikli też z okolic inni ziemianie. Pepeerowcy rozdali chłopom majątki byłych właścicieli, by wkrótce starać się im je odebrać na rzecz nacjonalizacji. Przez wiele lat powojennych, podobnie jak reszta narodu, klimontowianie żyli pod komunistycznym terrorem. Pozytywnym wydarzeniem tamtych czasów było utworzenie latem 1946 r liceum ogólnoksztalcącego w budynkach klasztoru podominikańskiego. Powstało ono z inicjatywy nauczyciela tajnych kompletów z czasów wojny - wspomnianego już Stanisława Walczyny. On też został pierwszym dyrektorem szkoły. W latach sześćdziesiątych - za nowego już dyrektora liceum nadano imię Brunona Jasieńskiego. Pomysłodawcy wynosząc tym aktem syna doktora Zysmana do miana bohaterów, brali zapewne pod uwagę to, iż w początkach II Rzeczypospolitej był poetą awangardowym i komunistycznym, nie wiedzieli jednakże lub nie chcieli wiedzieć, że później zamieszkał on w Rosji, wyrzekł się obywatelstwa polskiego i pisał już tylko po rosyjsku. Zmarł lub został zamęczony w łagrze w okresie "czystek" stalinowskich przed II wojną światową. Wydaje się, że ojciec Jasieńskiego, Jakub Zysman, byłby godniejszym patronem szkoły niż jego syn. Dopiero wiele lat później władze miasteczka jedną z ulic nazwały imieniem Zysmana. Gdzie tu sprawiedliwość dziejowa?
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte przyniosły przestrzenny rozwój miasteczka, powstało wiele nowych domów szczególnie przy ulicach Sandomierskiej, Ossolińskiej i dr. Zysmana. Wzniesiono także budowle użyteczności publicznej, jak ośrodek zdrowia, szkolę zawodową i podstawową itp. Liczba ludności jednakże nie wzrastała, gdyż młodzież nie widząc tu dla siebie perspektyw, opuszczała rodzinne strony. Dziś Klimontów liczy jedynie około 1800 mieszkańców, utrzymujących się głównie z rolnictwa i handlu. Jest też siedzibą władz gminnych. Antykomunistyczne wydarzenia okresu ludowej Polski, począwszy od wypadków poznańskich 1956 r. aż do wybuchu "Solidarności" na początku lat osiemdziesiątych, poruszały opinię Klimontowa zmieniając oblicze polityczne i społeczne części jego mieszkańców. Przed jakimkolwiek działaniem paraliżował jednakże lęk przed zemstą wszechwładnej komuny . Jednostki podejmujące próby zaszczepienia na ten grunt idei "Solidarności" napotykały często na mur obojętności, a niekiedy wrogości ze strony wysługujących się władzy ludowej lub też pogodzonych z jej rządami.
"Solidarność" jednakże i tu powstała, a upadek w Polsce w roku 1989 "włodarzy ludowych" także i mieszkańcom Klimontowa przyniósł nadzieję na lepszą i pogodniejszą przyszłość.(...)"

Strona Główna

Ta strona znajduje się na serwerze bezpłatnych kont i stron OptimusNet http://friko.onet.pl/